Na spotkaniu z bieszczadzkimi Aniołami… czyli krowy nocą i Leśny Romek!

W piątek około godziny 15 wyruszyliśmy w dobrych humorach spod MOSiR-u w Nowej Sarzynie na „Biesy i Czady”, organizowane przez Pana Andrzeja Rybskiego w okolicach Czarnej. W Rzeszowie zabraliśmy jeszcze znajomych z Kolbuszowej oraz od sióstr Prezentek. Długą drogę umilały nam: śpiew, gra na gitarze oraz film „Mikołajek”.
Zakwaterowaliśmy się w szkole w Czarnej. Po krótkim powitaniu, na którym zostaliśmy nastraszeni niedźwiedziami, żmijami, wilkami i bobrami, zaczęliśmy się przygotowywać do pierwszego startu, który – jak meta - mieścił się w szkole. Musieliśmy tylko dojść sobie sami po mapki. Już pierwsze minuty po wejściu na trasę były ciężkie. Dość strome podejście i bardzo duża ilość błota, jak również „straszne” krowy udające niedźwiedzie.

Pierwszy dzienny etap rozpoczął się w tam samym miejscu w którym ubiegłej nocy dostaliśmy mapki. Trasa praktycznie ta sama. Na mecie spotkaliśmy się z TM. Okazało się że na drugim etapie TJ szedł trasą TM, a TM trasą TJ. Trasy które miały mieć w sumie około 8 miały około 20km. Zmęczeni, ledwo daliśmy radę dojść pieszo do bazy. Po obiedzie przyszedł czas na zasłużony odpoczynek. Oczywiście nie obyło się bez przebojów :-). Pan Rybski przygotował dla nas na wieczór strefę kibica. Już 2 godziny przed meczem rozpoczęliśmy przygotowania. Wszyscy mieli biało-czerwone barwy na policzkach, szaliki, koszulki i kapelusze. W międzyczasie dowiedzieliśmy się również, że czwarty etap został odwołany. Sprzed telewizora odeszliśmy niestety zawiedzeni. Nikt nawet nie miałby ochoty iść na ten nocny etap.
W niedzielę rano wybraliśmy się do Kościoła. Na kazaniu oczywiście wszyscy spali. Po powrocie zabraliśmy się do pakowania i sprzątania. W międzyczasie niektórzy otrzymali dyplomy za zajęte miejsca jeszcze sprzed 2 lat. O godzinie 9:30 nadszedł czas na ogłoszenie wyników i wręczenie drobnych nagród. Wracając do domu, wybraliśmy się jeszcze nad Solinę, gdzie spędziliśmy około pół godziny na patrzeniu na rybki, jedzeniu „goferów” z bitą śmietaną i kupowaniu pamiątek. Później odwiedziliśmy Słodki Domek (niektórzy zrozumieli „Słodki Romek”) w Lesku. Po wzmocnieniu się mrożoną kawą, koktajlami, torcikami i innymi słodkościami ruszyliśmy do domu. Podsumowując, atmosfera marszy była świetna, organizacja trochę gorzej, ale i tak uważam ten wyjazd za naprawdę udany :-).
Autor: Aleksandra Sobota